Cuda zdarzają się wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy
— Już na nogach? — zapytała z progu sypialni Kasia, zawiązując jeszcze pasek płaszcza.
— Tak, obudziłem się chwilę temu — odpowiedział cicho Michał, nie podnosząc wzroku.
— Śniadanie masz na stole. Talerze też już pozmywane, więc jak coś zostanie, to się nie przejmuj, zmyję po pracy. Dziś wrócę wcześniej. Tylko miej oko na Deniska — znów pełen energii, jakby nigdy nie chorował. Jutro wezmę wolne, zabiorę go do przychodni, może już pora wracać do przedszkola.
— Jasne, nie martw się — powiedział Michał z wymuszonym uśmiechem. — Wszystko będzie dobrze.
Pocałowała go w policzek i zniknęła za drzwiami. Michał długo patrzył w ich stronę. Potem wziął głęboki wdech, chwycił za koła wózka i pojechał do łazienki.
Jeszcze nie tak dawno ich życie było spokojne, poukładane. On pracował, Kasia zajmowała się domem i synkiem. A potem — wypadek. I wszystko się zmieniło. Początkowo nie ruszał się wcale, leżał przykuty do łóżka. Dopiero po miesiącach odzyskał minimalną sprawność — na tyle, by usiąść i poruszać się na wózku.
Ojciec przyjeżdżał w każdą sobotę, znosił go z czwartego piętra, zabierał na spacer, a potem, z pomocą sąsiadów, wnosił z powrotem. Kasia nie zostawiła go ani na chwilę, mimo że jego świat legł w gruzach. Rodzina wspierała, jak mogła. Ale on? On czuł się bezużyteczny. Chciał być oparciem, przykładem dla syna. Tymczasem nie mógł go nawet nauczyć, jak kopnąć piłkę.
Po porannej toalecie sprawdził, czy Denisek jeszcze śpi. Potem usiadł przy laptopie. Wyszukiwarka znów pełna pytań, które zadawał każdego dnia:
„Czemu nogi nie działają, skoro nie ma złamań? Skoro ręce już odzyskały sprawność, czemu nogi nie chcą się obudzić? Mam przecież dopiero 29 lat…”
Przeglądał artykuły medyczne, fora, historie innych. Ale nigdzie nie znalazł odpowiedzi. Zrezygnowany, wyłączył laptopa i zaczął codzienne ćwiczenia.
Nagle usłyszał ciche kroki i głosik syna:
— Tatusiu… niedługo twoje nóżki będą zdrowe i pójdziemy razem nad rzekę?
— Oczywiście, kochanie. I nad rzekę, i do lasu.
Po wspólnym śniadaniu razem posprzątali naczynia, a potem Michał usiadł z synkiem do elementarza. Denisek miał pięć lat i coraz lepiej rozpoznawał litery. Nagle zadzwoniła Kasia.
— Wszystko w porządku?
— Uczymy się czytać. Dlaczego pytasz?
— Sama nie wiem… coś mnie ściska w sercu. Jakby coś się miało stać.
— Nie martw się. Jest dobrze, naprawdę.
Po zajęciach Denisek chwilę pograł na komputerze, a Michał spojrzał na zegarek.
— Idę przygotować obiad. Wyłącz laptopa i odłóż książkę na półkę, dobrze?
Nie zdążył jednak dojść do kuchni.
— Tatooo! Ratuj!
Krzyk przeszył ciszę.
Michał natychmiast poderwał się, wózek ruszył z impetem w stronę pokoju. Otwarte okno. Małe dłonie kurczowo trzymające się framugi. Jeszcze sekunda — i stanie się tragedia.
— Denisek!
Michał bez zastanowienia pchnął wózek i wyskoczył z niego, rzucając się naprzód. W ostatniej chwili złapał synka.
I wtedy stało się coś niepojętego.
Stał. Na własnych nogach.
— Tatusiu, chciałem tylko ten listek… był taki piękny… — szlochał chłopiec.
Michał zrobił jeden krok. Potem drugi. Czuł, jak drżą mu nogi, ale one trzymały. Nie upadł. Szedł. Z synem w ramionach.
Wieczorem Kasia wróciła z pracy.
— Mamo! Tata chodzi! — krzyknął Denisek.
— Co takiego? — zapytała niepewnie, myśląc, że to dziecięca wyobraźnia.
A wtedy Michał wyszedł z pokoju. Bez wózka. O własnych siłach.
Zatrzymała się w pół kroku. I zaczęła płakać. Ale tym razem były to łzy szczęścia.
— Już nigdy nie będę zaglądał przez okno! — obiecywał syn, przytulając się mocno do taty.
Kilka dni później pojechali razem na działkę. Denisek biegał po trawie, Michał kopał z nim piłkę. Znów razem. Znów całą rodziną.
A wózek?
Został odwieziony do szpitala. Michał już go nie potrzebował.