Mieszkamy z mężem w mieszkaniu, które moi rodzice kupili mi wiele lat temu, jeszcze w czasach studiów. Obecnie nie są już tak dobrze sytuowani jak kiedyś i żyją skromnie. Natomiast moja teściowa, ilekroć nas odwiedza, nie omieszka skomentować stanu naszego mieszkania. Zawsze znajdzie coś, do czego można się przyczepić – a to, że meble są stare, a to, że przydałby się remont. Sugerowała nawet, że moi rodzice powinni się tym zająć, skoro już kiedyś kupili mi to mieszkanie. Pewnego dnia, zirytowana jej uwagami, zaproponowałam, że jeśli tak jej przeszkadza nasz wystrój, może sama dorzuci się do remontu albo pomoże nam kupić nowe meble. Wtedy jednak zaczęła się tłumaczyć, że przez całe życie wychowywała syna samotnie i nie miała tyle pieniędzy, by teraz jeszcze nas wspierać.
Niedługo potem teściowa odwiedziła nas z kolejną nowiną – straciła pracę i ma problem ze znalezieniem nowej. Narzekała, że w jej wieku nikt nie chce jej zatrudnić, a ona nie ma środków na życie. Gdy wyszła, mąż stwierdził, że powinniśmy jej pomóc, bo skoro nie ma dochodu, nie poradzi sobie z opłaceniem rachunków i codziennymi wydatkami. Ponieważ to on zarabia więcej niż ja, uznałam, że nie ma nic złego w tym, jeśli wspomoże matkę finansowo. Od tego czasu co miesiąc, zaraz po otrzymaniu pensji, przelewał jej tysiąc złotych. Teściowa była wdzięczna i obiecywała, że w zamian będzie nam pomagać w każdej sytuacji, gdy tylko zajdzie potrzeba. W międzyczasie udało jej się znaleźć pracę jako dyspozytorka, choć zarobki były niskie. Dla niej jednak każda złotówka miała znaczenie. Nadal też otrzymywała pieniądze od syna, co pozwalało jej na w miarę spokojne życie. Wkrótce w jej życiu pojawił się Andrzej, który wprowadził się do jej mieszkania.
Gdy urodziła się nasza córka, teściowa na początku pomagała nam, ale z czasem coraz rzadziej chciała zajmować się wnuczką. Kiedy dziewczynka poszła do przedszkola, wróciłam do pracy. Niestety, już po tygodniu nasza córka zachorowała. Poprosiliśmy teściową, by przez kilka dni została z nią w domu. Na początku się zgodziła i rzeczywiście przyszła pierwszego i drugiego dnia. Trzeciego dnia jednak nie pojawiła się w ogóle. Mąż był w pracy, ja szykowałam się do wyjścia i gdy zorientowałam się, że teściowa nie przyszła, zaczęłam do niej dzwonić. Nie odbierała ani ode mnie, ani od swojego syna. W końcu telefon odebrał Andrzej, który oświadczył mi, że teściowa nie ma żadnego obowiązku siedzenia z naszym dzieckiem. Nie pozostało mi nic innego, jak zadzwonić do pracy, wytłumaczyć sytuację i zostać w domu. Następnego dnia udało mi się dogadać z sąsiadką, emerytką, żeby w przyszłości, w razie podobnych problemów, mogła zajmować się naszą córką.
Pierwszego września teściowa zadzwoniła do męża, pytając, dlaczego nie przelał jej pieniędzy. Twierdziła, że brakuje im na chleb, bo Andrzej nie może znaleźć pracy, a do tego zepsuł im się samochód. Mąż odpowiedział jej wprost, że nie jesteśmy jej nic winni. Skoro nie znalazła czasu dla własnych wnuków i odsunęła się od nas, to na starość powinna liczyć wyłącznie na swojego partnera. Być może jego słowa były ostre, ale oboje mieliśmy już dość tej jednostronnej relacji. Skoro dla niej ważniejszy był nowy partner niż rodzina, my również przestaliśmy czuć się w obowiązku, by nadal ją utrzymywać.