W wigilijny wieczór, gdy śnieg sypał gęsto, znalazłam starszą kobietę samotnie siedzącą przy drodze — nie mogłam jej tam zostawić, więc zabrałam ją do siebie.

„Śnieżna noc, gorące serce”

Advertizement

Był wigilijny wieczór. Śnieg sypał gęsto, a wiatr zacinał tak mocno, że każda minuta drogi do domu wydawała się wiecznością. Wracałam właśnie z pracy – sprzątałam dom państwa Graysonów. Bogaci ludzie, ale uczciwi. Dali mi pracę, gdy najbardziej jej potrzebowałam. Byłam zmęczona, przemarznięta do kości, ale czekało na mnie coś znacznie ważniejszego – moje pięcioro dzieci.

Kiedy szłam przez park, zauważyłam starszą kobietę skuloną na ławce, otuloną cienkim kocem. Dygotała z zimna. Na taką pogodę nie powinno się zostawiać nikogo… a tym bardziej osoby w jej wieku.

Zawahałam się. Miałam ledwo na chleb, dach przeciekał, a dzieci potrzebowały wszystkiego. Ale wtedy usłyszałam w myślach głos mojego zmarłego męża: „Kate, nikt nie powinien być sam w Święta.”

Podeszłam bliżej.
— Przepraszam… czy ma pani dokąd pójść? – zapytałam cicho.

Spojrzała na mnie z mieszaniną dumy i bezradności.
— Nie martw się o mnie, dziecko. Poradzę sobie.

Ale widziałam, że nie poradzi. Wyciągnęłam dłoń.
— Proszę, mam niewiele, ale dom jest ciepły, a na kuchence gotuje się zupa. Chodźmy razem.

Zadrżała, ale po chwili ujęła moją dłoń.
— Margaret – przedstawiła się cicho. – Jesteś bardzo dobra.

Kiedy dotarłyśmy do domu, dzieci rzuciły się w moją stronę. Najmłodszy, Tommy, od razu zauważył towarzyszkę.
— Kto to, mamo?

— To pani Margaret. Spędzi z nami Wigilię.

Dzieci przyjęły ją jak własną babcię. Pokazywały jej papierowe ozdoby, dzieliły się piernikami, a jedna z córek podarowała jej własnoręcznie wykonanego aniołka. Margaret płakała. Ze wzruszenia, nie z chłodu.

Po kolacji, gdy dzieci zasnęły, usiadłyśmy w kuchni przy herbacie.
— Dziękuję, Kate – szepnęła. – Nie spodziewałam się… czegokolwiek.

— Nikt nie powinien być sam w Święta – odpowiedziałam. – Nikt.

Nie wiedziałam wtedy, że ta decyzja zmieni moje życie.

Trzy dni później, kiedy wychodziłam do pracy, przed moim domem zaparkowało luksusowe auto. Z niego wysiadł elegancki mężczyzna z przejęciem na twarzy.

— Czy to pani Kate? – zapytał.

Okazało się, że był synem Margaret. Szukał jej od tygodni, ale ona – po śmierci męża – zniknęła, nie chcąc nikomu być ciężarem. Mężczyzna wzruszył się do łez, słysząc, jak przyjęłam jego matkę.
— Uratowała ją pani. Dziękuję… – powiedział i wręczył mi kluczyki do SUV-a. – To prezent. Nie przyjmę odmowy.

Zaniemówiłam. Ale w jego oczach nie było dumy – tylko wdzięczność.

To nie był koniec.

Robert – bo tak miał na imię – zaczął nas odwiedzać. Najpierw przywoził zakupy, potem robotników do naprawy dachu, wreszcie… sam przychodził, by pobawić się z dziećmi, pomóc w lekcjach, naprawić cieknący kran. I coraz częściej zostawał na herbatę. Margaret była z nami prawie codziennie. Stała się dla dzieci babcią, jakiej nigdy nie miały.

Pewnego wieczoru, gdy Robert zawieszał bombki z moim synkiem, moja córka szepnęła:
— Mamo… on cię lubi.

Zarumieniłam się. Ale w głębi serca czułam to samo.

Po roku… zostałam jego żoną.

Nie zastąpił Jasona. Ale był nowym rozdziałem. Ciepłym, pełnym nadziei.

A wszystko zaczęło się od jednego aktu dobroci w śnieżną noc.

Advertizement